ekhm, jestem dziwnie poruszony. … Wróciłem własnie do Krakowa “z pracy”… Jak niektórym wiadomo, jestem etatowym pracownikiem jednej z Polskich marek odzieżowych - pracuje tam jako projektant ( szok!! no nie? ;P).
“Jan Leśniak Fashion Design” miało być rodzajem odtrutki na etatowe projektowanie, które, jak podejrzewałem, zabiło we mnie pasję. O tym, że pracuje w firmie w ogóle nie zamierzałem tu jakoś szczególnie opowiadać, ale dziś muszę. Otóż, okazuje się, że niezależnie od tego jak bardzo chcę przekonać świat i samego siebie o tym, iż praca komercyjnego projektanta mnie “nie rusza” i jest zimnym profesjonalnym zajęciem, mającym na celu jedynie zapewnić mi płynność finansową , tak naprawdę ja pakuje w to kawał serca! To jest ogromny kawałek mnie jako projektanta i nie potrafię się od tego odciąć.
Dziś minął trzeci dzień spotkań z naszymi klientami – prezentacji najnowszej kolekcji i całej masy pracy i stresu z tym związanych. Jestem wykończony, ale czuję też spełnienie. Kolekcja, owoc naszej wspólnej pracy – wszystkich dyskusji, pomysłów, burz mózgów a następnie przepychanek, awantur, walk o jakość, ceny, terminy, formy, kolory, nadruki, wszystkie frustracje, załamania i zagryzione zęby, wszystkie zmiany perspektywy, reakcje na problemy produkcyjne, ratowanie wpadek, godziny dokumentowania i wpinania próbek, wszystkie te bóle głowy, nerwowe wieczory, nieprzespane noce, szybkie notatki i olśnienia w najmniej oczekiwanych momentach, te kłótnie z innymi działami, godzenie się i czyszczenie relacji, doprowadziły nas w końcu do celu. Opłaciło się. Odbiór był bardzo pozytywny – niesamowite i zaskakujące odczucie po kilku sezonach bycia “równanym z ziemią” ;) .
Jeden z naszych czołowych klientów dał mi do myślenia. Otóż zostaliśmy zmuszeni do poprowadzenia pokazu (my – czyli dział projektowy) a, że czujemy się raczej stworzeni do projektowania niż do konferansjerki, mieliśmy okropną tremę, wydawało nam się, że poszło słabo. A tu, po wszystkim usłyszałem “bardzo nam się podobała prezentacja. Czuć, że tym żyjecie, czuć pasję!” !!!???
I wiecie co. Nie wiem dlaczego trochę wstydzę się do tego przyznać, ale ja to lubię! Ja lubię pracę zespołową. Lubię to, że w grupie nigdy nie będzie tak jak zrobiłbym to sam, ale za to będzie o wiele więcej, kreatywniej, dalej, szybciej, różnorodniej. Lubie to, że każdą zwadę i kłótnię zapomina się kiedy osiąga się cel. Lubię to zjednoczenie i to uzupełnianie się – kiedy każdy wnosi swoje aktualne maksimum, kiedy wymieniamy się pomysłami, opiniami, odkryciami, ale też kiedy się zderzamy, szukamy kompromisów i najlepszych z punktu widzenia całości rozwiązań. A z tego coś wspólnego się waży. Kiedy uczymy się od siebie i kiedy ten ferment i niezgoda w trakcie pracy, prowadzą do konstruktywnych wniosków i rozwoju. I jest jeszcze coś, ale to już naprawdę będzie mocne stwierdzenie – jest w tym coś z rodziny – choćbyśmy nie wiem jak się sprzeczali w trakcie pracy, kiedy osiągamy cel – w tym wypadku zadowolonego klienta – jakoś na moment znikają nieporozumienia i wszyscy tacy zmaltretowani ale szczęśliwi, pełni wiary i poczucia jedności zaczynamy “być razem”. Jutro każdy wróci do swoich postaw, każdy będzie znów bronić swoich racji, pojawią się następne schody – one są zawsze. Może nawet klienci się rozmyśla i będą jednak niezadowoleni – ale to będzie jutro, a dziś jest ten moment kiedy zgarbieni, stoimy oparci o ścianę, i z rekami w kieszeniach mówimy sobie “kurde, dobra robota”. I to mnie własnie porusza.







